Wysoki poziom poezji, jaki prezentuję w tytule tej notki ma zapewne związek z trybem życia, jaki prowadzę tutaj od dwóch tygodni. Szczytem wysiłku intelektualnego było przeczytanie przeze mnie pięciu stron pięknej, mądrej i dobrze napisanej "Małej Historii Amsterdamu" ('Een kleine geschiedenis van Amsterdam') Geerta Maaka, takiego holenderskiego Normana Davisa - nie dość, że zna się na historii, to potrafi ją interesująco opisać. Książkę tę kupiłem nie do końca wyłącznie z miłości do dziejów Amsterdamu. Otóż jutro zaczyna się semestr i o 15,30 wielki debiut przede mną: mój pierwszy wykład po niderlandzku na holenderskim uniwersytecie; holenderski wykładowca, holenderscy studenci, gmach główny Vrije Universiteit, zajęcia z "Historisch Amsterdam" ("Historyczny Amsterdam"), a w środku tego wszystkiego ja: student niderlandystyki, który wczoraj, wracając z miasta rowerem w strugach rzęsistego deszczu (znów poezja!), zastanawiał się przez pół godziny jak to jest "mokry" po niderlandzku i niestety nie mógł sobie tego przypomnieć. I jutro ten sam student będzie słuchał wykładu jakiegoś starego, zapewne sepleniącego profesora, posługującego się zupełnie mi nieznanym limbursko-brabanckim dialektem na temat, powiedzmy, renesansowych pieśni gezów napisanych we wczesnej formie języka staroniderlandzkiego.
Ale co tam, to dopiero wstęp do dania głównego. Na "Historycznym Amsterdamie" nie będę przynajmniej jedynym obcokrajowcem. Zdążyłem już spotkać jedną pół-Szwajcarkę, pół-Holenderkę, mającą co prawda holenderski paszport i znającą niderlandzki od urodzenia, ale mieszkającą od zawsze w niemieckojęzycznej części Szwajcarii - zatem mimo, że jej niderlandzki jest tysiąc raz lepszy, to jednak także pozbawiona jest ona doświadczenia bycia studentem na holenderskiej uczelni, też jest nieco zagubona i też się cieszy, że będzie nas tam co najmniej dwoje "obcych". A jak się parę dni temu okazało - co najmniej troje, gdyż spotkałem pewną Niemkę, która też się zapisała na ten kurs, nawet nie sprawdzając, czy jest on po niderlandzku czy po angielsku. Co, taka jest moja opinia, było pewną ekstrawagancją z jej strony, gdyż niderlandzkiego nie zna ona prawie w ogóle, zaczęła się go uczyć parę dni temu, porozmawiać po niderlandzku też się z nią nie da, ale, jak sama stwierdziała, niemiecki jest na tyle podobny do nderlandzkiego, że jeśli musi coś przeczytać, to wszystko zrozumie.
Wracając do dania głównego - są nim dwa pozostałe kursy, na które w tym "periodzie" (semestr ma tu trzy periody) się zapisałem. Najciekawszy jest ten z wtorku: "Wizyty w domach pisarzy"; w ciągu tych ośmiu tygodni trzeba się przygotować z twórczości i życia czterech żyących holenderskich pisarzy, by potem grupą ich odwiedzić i przeprowadzić wywiad. To, że się na to zapisałem, było z mojej strony czystym szaleństwem i już widzę te strugi pou lejące się z mojego czoła, kiedy uświadamiam sobie, że mam się odezwać na zajęciach, na których kompletnie nie rozumiem, co kto mówi. Do tego jeszcze w środę: Krytyka literacka", co będzie wymagać ode mnie co tygodniowych recenzji po niderlandzku. Słowem, czyste szaleństwo. Już zdążyłem zwymyślać moją ambicję, która podsunęła mi te szatańskie pomysły, by pozapisywać się na trudne niderlandzkie kursy, zamiast - wzorem normalnych erazmusowych studentów - wybrać sobie błazenady typu "Typical Dutch?" albo "Dutch Golden Age" i słuchać historyjek o wiatrakach, anegdod o Wilhelmie Orańskim i poznać sekrety podukcji tradycyjnego sera z Goudy.
Dlatego też dziś ostatnie party. Od piątku do dziś odbywa się w Amsterdamie jakiś coroczny festiwal, sprowadzający się do wielu darmowych koncertów, przedstawień i innych tańców-musicali na placach w centrum miasta; słowem, dla każdego coś miłego, o 17.00 zbieramy się (international students) koło Pathé Tuschinsky, więc powoli będę się zbierać.
Właśnie, Pathe Tuschinsky - historia tego najsłynniejszego amsterdamskiego kina zasługuje na osobny wpis. W końcu w ilu europejskich stolicach największe i najpopularniesze kino założył Polak?
niedziela, 30 sierpnia 2009
piątek, 28 sierpnia 2009
Party, party, party
Jestem już prawie dwa tygodnie w Amsterdamie (ok, w Amstelveen) i nie przypominam sobie, bym któregoś dnia nie był na jakiejś imprezie, nie poznał co najmniej dziesięciu nowych osób, nie wypił co najmniej jednego piwa (drinka/kieliszka wina) i - mówiąc najprościej - dobrze się bawił. W gruncie rzeczy to bardzo banalne i mało oryginalne: wszyscy studenci, a już najbardziej 'international students', a jeszcze bardziej 'erazmusowcy', tym właśnie zapełniają ostatnie dni przed rozpoczęciem semestru. Więc też je tym zapełniam i czuję się z tym świetnie. W chwilach, w których udaje mi się wznieść na dotąd typowy dla mnie wysoki poziom zadumy, refleksji i pesymizmu, dochodzę oczywiście do wniosku, że taki tryb życia jest zupełnie pospolity, mało oryginalny i jeszcze mniej produktywny. Ale, na szczęście, odkąd jestem tutaj mój poziom zadumy, refleksji i pesymizmu jest bardzo niski, wobec czego zamiast kontemplować życia, po prostu żyję, zamiast myśleć działam, a zamiast użalać się nad sobą, po prostu próbuję się dobrze bawić.
Spójrzmy chociaż na dzisiejszy dzień. Wróciłem do mieszkania około czwartej nocy (po imprezie w centrum, w Melkweg i Sugar Factory przy Leidsplein), po czym wstałem około 10,00, żeby zdążyć na pewne 'biznesowe spotkanie' (opiszę to wkrótce) z pewnym Holendrem; koło południa byłem w centrum, gdzie zrobiłem zakupy (kupiłem sobie wreszcie czajnik i żelazko), wróciłem do domu, zrobiłem obiad, pokoresponodwałem mailowo z moją uczelnią, zdrzemnąłem się chwilkę i poszedłem sotkać się ze znajomym Węgrem, Francuzem, Francuzką, Szwedem, Kanadyjczykiem i kimś tam jeszcze w pobliskim akademiku, skąd po wypiciu wina poszliśmy do innego akademika do pokoju Francuzki, gdzie zaczęła się międzynarodowa impreza, która szybko połączyła się z odbywającą się pokój obok imprezą urodzinową jakiegoś Holendra, w efekcie czego powstało całkiem fajne (moja polszczyzna sięga dna...) towarzystwo. Byłem tam od około 20,00 do 2,00, a kiedy wróciłem do swojego akademika natrafiłem na kolejną imprezę (całkowicie holenderską) na moim piętrze, gdzie z kolei znów zostałem na kolejną godzinę (mimo kompletnego wyczerpania). Ci, którzy twierdzą, że Holendrzy nie potrafią bawić się (czy też pić) powinni odwiedzić akademiki przy Uilenstede - ok, jest prawie 4 w nocy, kończę, jutro więcej (ciekawe czy wstanę na 10,00 na naszą rowerową wycieczkę nad morze...).
Spójrzmy chociaż na dzisiejszy dzień. Wróciłem do mieszkania około czwartej nocy (po imprezie w centrum, w Melkweg i Sugar Factory przy Leidsplein), po czym wstałem około 10,00, żeby zdążyć na pewne 'biznesowe spotkanie' (opiszę to wkrótce) z pewnym Holendrem; koło południa byłem w centrum, gdzie zrobiłem zakupy (kupiłem sobie wreszcie czajnik i żelazko), wróciłem do domu, zrobiłem obiad, pokoresponodwałem mailowo z moją uczelnią, zdrzemnąłem się chwilkę i poszedłem sotkać się ze znajomym Węgrem, Francuzem, Francuzką, Szwedem, Kanadyjczykiem i kimś tam jeszcze w pobliskim akademiku, skąd po wypiciu wina poszliśmy do innego akademika do pokoju Francuzki, gdzie zaczęła się międzynarodowa impreza, która szybko połączyła się z odbywającą się pokój obok imprezą urodzinową jakiegoś Holendra, w efekcie czego powstało całkiem fajne (moja polszczyzna sięga dna...) towarzystwo. Byłem tam od około 20,00 do 2,00, a kiedy wróciłem do swojego akademika natrafiłem na kolejną imprezę (całkowicie holenderską) na moim piętrze, gdzie z kolei znów zostałem na kolejną godzinę (mimo kompletnego wyczerpania). Ci, którzy twierdzą, że Holendrzy nie potrafią bawić się (czy też pić) powinni odwiedzić akademiki przy Uilenstede - ok, jest prawie 4 w nocy, kończę, jutro więcej (ciekawe czy wstanę na 10,00 na naszą rowerową wycieczkę nad morze...).
środa, 26 sierpnia 2009
Poker
Hollands Casino - dzień pierwszy
Po raz pierwszy w największym kasynie Holandii byłem dwa dni temu; wszedłem o 19,30, wyszedłem o 2,00 - ale po kolei. Zacznijmy od tego, że kasyno położone jest w świetnym miejscu: tuż przy Leidsplein (głównym centrum rozrywkowym Amsterdamu), blisko Museumplein, i jakieś 25 minut rowerem (czy też tramwajem, na to samo wychodzi) od mojego mieszkania. Ponieważ pogoda jest jak na razie właściwie bez przerwy świetna (słońce, ciepło, lekki wiatr i - szok, szok, szok! - prawie żadnego deszczu!), staram się jeździć częściej rowerem niż tramwajem (przy okazji taniej i zdrowiej). Gry cash w No limit Hold'em są tu z dosyć wysokimi, jak na mnie, blindami i zaporowym progiem wkupienia się za co najmniej 200 euro; turnieje rozgrywane trzy razy w tygodniu są już od 50 euro, ale gra w turniejach ma sens tylko wtedy, gdy wiemy, że zagramy w conajmniej 10-20, a zatem należałoby zarezerowować jakieś 500-1000 euro - stanowczo za dużo dla mnie. Został więc dla mnie jeydnie stolik w Limi Hold'em: blindy 1-2 euro, stawki 2-4 euro ( czyli po flopie możliwe podbicie o 2, a po turnie i riverze 4 euro); minimalne wpisowe 40 euro. Z drżącymi dłońmi i z przekonaniem, że wyrzucam pieniędze w błoto (dotąd grałem przecież online na stawkach góra 0,05-0,1 dolara!) zasiadłem do gry, po czym w ciągu pierwszych kilkunastu rozdań dostałem jako startowe karty pary: damy, króle, asy i walety! Co za szczęście! Tak, szczęście - ale nie wtedy, kiedy za każdym razem się je przegra z "geniuszami" nie pasującymi od razu 23 i trafiającymi jakimś cudem 2 na turnie i 3 na riverze. Przegrałem wszystkie te pary i zostałem z niczym. Z przekonaniem, że jestem złym człowiekiem, hazardzistą, trwonię jak idiota nie moje pieniądze i ogólnie z dużym niesmakiem, dokonałem kolejnego buy-inu i po otrzymaniu kolejnej pary asów, znów je przegrałem co kosztowało mnie kolejnych 20 euro. W pewnym momencie mój stan wyglądał tak: wpłaciłem w sumie 100 euro, miałem 20, a zatem - 80 na minusie. Ale mimo całego tego pecha, wcale nie czułem się specjalnie przygnębionym; wręcz przeciwnie, pewna rzecz bardzo mnie cieszyła. Otóż cieszył mnie poziom tej gry. Nie jestem zbyt dobry w Limit Hold'em, ale to co wyrabiali niektórzy przy tym stoliku (jakieś 50-60 proc graczy) było totalną amatorką niespoykaną w grach w siecinawet na poziomie 0,05-0,1 dolara. A zatem zacisnąłem zęby, grałem dalej swoją grę, i po kolejnej godzinie odbroiłem 20 dlarów, po kolejnej - znów 20, po następnej - 30, aż w końcu spojrzałem na zegarek (była 2 w nocy), spojrzałem na swoje żetony - o dziwo byłem 10 euro na plusie i mimo, że wiedziałem, że gdybym został jeszcze kolejną godzinę i grałbym swoje, ugrałbym pewnie kolejnych 20 euro itp, to byłem na tyle wyczerpany, że sobie odpuściłem i zadowolony wróciłem do domu. Oczywiście z planem, że nieco się podszkolę w Limicie, poczytam, pogram w necie i wkrótce tu wrócę. To może być dobre źródło dodatkowych dochodów.
Ja, dziennikarz pokerowy
Jeśli wszystko pójdzie dobrze wkrótce w Caino Hollands zawitam i w innym charakterze. W październiku odbywa się tu największy turniej pokerowy w Holandii, będzie trochę gwiazd i nawet kilku graczy z Polski. Rozmawiałem z szefem mojego pokerowego portalu (co ciekawe, jego dziewczyna też studiuje na UV, a mu zdarzało się sypiać w Guesthousie i ogólnie świetnie zna Amstelveen - ale ten świat, przepraszam, Holandia jest mała!) i postarają się załatwić mi akredytację i będę robić relację na żywo. Świetna sprawa.
Jednocześnie już wrótce muszę zabrać się za zrealizowanie mojego 'dziennikarsko-pokerowego marzenia', a więc przeprowadzenia wywiadu z Marcelem Luske, najsłynniejszym holenderskim graczem, jednym z najlepszych na świecie, a na pewno - najelegantszym i najbardziej błyskotliwym. Jest z Amsterdamu, może już jutro napiszę do niego maila, oby się zgodził, ale wyznaczył jakąś późniejszą datę. Trochę się boję, że mój niderlandzki na razie jest zbyt kiepski, a nie chciałbym gadać z nim po angielsku - to każdy potrafi!
Ja, uczestnik Mistrzostw Holandii
Wczoraj zapisałem się też na Mistrzostwa Holandii w pokera; to świetna seria turniejów, gra się w knajpach, systemem ligowym, raz w tygodniu przez bodajże 10 tygodni, za darmo, ale też bez nagród pieniężnych; wszystko relacjonuje telewizja, która robi z tego swego rodzaju reality-show; pisałem o tym kiedyś w jednym z moich pierwszych tekstów o pokerze, teraz sam zobaczę to od środka. A przy okazji - świetna okazja, by poznać nowych holenderskich znajomych.
Ja, animator życia pokerowego
Umówiłem się już także z kilkoma studentami zagranicznymi na jakieś towarzyskie gry, a poprzez szefa z portalu pokerowego, dostałem namiary na pewnego Polaka-doktoranta na VU, który też grywa tu z jakimiś innymi Polakami (na zupełnie niziutkie stawki, więc głównie dla zabawy); zastanawiam się także, czy nie zaproponować jakiś regularnych gier w Cafe Uilenstede (można tam wypożyczyć żetony) na naszej grupowej stronie na Facebooku, wtedy zapewne udałoby się zebrać całkiem sporą grupę international students; dziś także zauważyłem, że w kuchni na moim piętrze, ktoś zostawił zestaw żetonów do gry w pokera - a więc i moi sąsiedzi -Holendrzy grają. Nawet jeśli nie będą chcieli, i tak się z nimi zaprzyjaźnię! ;)
Hollands Casino - dzień drugi
Dziś po raz drugi grałem przy moim "limitowym" stoliku, od 20,00 do 22,30, zacząłem z 50 euro, skończyłem z 90 euro; poziom był nieco wyższy niż ostatnio, znów dostałem dwa razy parę asów, ale tym razem na szczęście się obroniły; grałem spokojnie, bardzo tight, ale po dwóch godzinach źle się poczułem (wcześniej byłem na siłowni), więc kiedy przegrałem jedno dosyć duże rozdanie (przed jego rozpoczęsciem miałem 110 euro), odpuściłem sobie i wróciłem, trochę niezadowolony, do domu. Z drugiej strony, gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że 26 sierpnia 2009 roku będę wieczorem wracać z amsterdamskiego kasyna, w którym wygrałem w pokera 40 euro, do swojego akademika w Amstelveen, pomyślałbym, że ma nierówno pod sufitem. Trochę rzeczy się w ciągu ostaniego roku wydarzyło.
Byłoby zabawnie, gdyby moją 'pracą', mającą zapewnić mi przetrwanie na erazmusie, okazała się gra w pokera z owymi indonezjskimi nałagowymi hazardzistami, amerykańskimi pijanymi turystami i młodziutkimi Holendrami. Do tego wciąż daleka droga, ale, jak już wspomniałem, poziom jest tu strasznie niski i głupotą byłoby tego nie wykotrzystać. Choć trzeba być - jestem bądź co bądź dużym chłopcem - ostrożnym i liczyć się z tym, że moje pierwsze wrażenia mogą okazać się mylne. Zobaczymy.
Po raz pierwszy w największym kasynie Holandii byłem dwa dni temu; wszedłem o 19,30, wyszedłem o 2,00 - ale po kolei. Zacznijmy od tego, że kasyno położone jest w świetnym miejscu: tuż przy Leidsplein (głównym centrum rozrywkowym Amsterdamu), blisko Museumplein, i jakieś 25 minut rowerem (czy też tramwajem, na to samo wychodzi) od mojego mieszkania. Ponieważ pogoda jest jak na razie właściwie bez przerwy świetna (słońce, ciepło, lekki wiatr i - szok, szok, szok! - prawie żadnego deszczu!), staram się jeździć częściej rowerem niż tramwajem (przy okazji taniej i zdrowiej). Gry cash w No limit Hold'em są tu z dosyć wysokimi, jak na mnie, blindami i zaporowym progiem wkupienia się za co najmniej 200 euro; turnieje rozgrywane trzy razy w tygodniu są już od 50 euro, ale gra w turniejach ma sens tylko wtedy, gdy wiemy, że zagramy w conajmniej 10-20, a zatem należałoby zarezerowować jakieś 500-1000 euro - stanowczo za dużo dla mnie. Został więc dla mnie jeydnie stolik w Limi Hold'em: blindy 1-2 euro, stawki 2-4 euro ( czyli po flopie możliwe podbicie o 2, a po turnie i riverze 4 euro); minimalne wpisowe 40 euro. Z drżącymi dłońmi i z przekonaniem, że wyrzucam pieniędze w błoto (dotąd grałem przecież online na stawkach góra 0,05-0,1 dolara!) zasiadłem do gry, po czym w ciągu pierwszych kilkunastu rozdań dostałem jako startowe karty pary: damy, króle, asy i walety! Co za szczęście! Tak, szczęście - ale nie wtedy, kiedy za każdym razem się je przegra z "geniuszami" nie pasującymi od razu 23 i trafiającymi jakimś cudem 2 na turnie i 3 na riverze. Przegrałem wszystkie te pary i zostałem z niczym. Z przekonaniem, że jestem złym człowiekiem, hazardzistą, trwonię jak idiota nie moje pieniądze i ogólnie z dużym niesmakiem, dokonałem kolejnego buy-inu i po otrzymaniu kolejnej pary asów, znów je przegrałem co kosztowało mnie kolejnych 20 euro. W pewnym momencie mój stan wyglądał tak: wpłaciłem w sumie 100 euro, miałem 20, a zatem - 80 na minusie. Ale mimo całego tego pecha, wcale nie czułem się specjalnie przygnębionym; wręcz przeciwnie, pewna rzecz bardzo mnie cieszyła. Otóż cieszył mnie poziom tej gry. Nie jestem zbyt dobry w Limit Hold'em, ale to co wyrabiali niektórzy przy tym stoliku (jakieś 50-60 proc graczy) było totalną amatorką niespoykaną w grach w siecinawet na poziomie 0,05-0,1 dolara. A zatem zacisnąłem zęby, grałem dalej swoją grę, i po kolejnej godzinie odbroiłem 20 dlarów, po kolejnej - znów 20, po następnej - 30, aż w końcu spojrzałem na zegarek (była 2 w nocy), spojrzałem na swoje żetony - o dziwo byłem 10 euro na plusie i mimo, że wiedziałem, że gdybym został jeszcze kolejną godzinę i grałbym swoje, ugrałbym pewnie kolejnych 20 euro itp, to byłem na tyle wyczerpany, że sobie odpuściłem i zadowolony wróciłem do domu. Oczywiście z planem, że nieco się podszkolę w Limicie, poczytam, pogram w necie i wkrótce tu wrócę. To może być dobre źródło dodatkowych dochodów.
Ja, dziennikarz pokerowy
Jeśli wszystko pójdzie dobrze wkrótce w Caino Hollands zawitam i w innym charakterze. W październiku odbywa się tu największy turniej pokerowy w Holandii, będzie trochę gwiazd i nawet kilku graczy z Polski. Rozmawiałem z szefem mojego pokerowego portalu (co ciekawe, jego dziewczyna też studiuje na UV, a mu zdarzało się sypiać w Guesthousie i ogólnie świetnie zna Amstelveen - ale ten świat, przepraszam, Holandia jest mała!) i postarają się załatwić mi akredytację i będę robić relację na żywo. Świetna sprawa.
Jednocześnie już wrótce muszę zabrać się za zrealizowanie mojego 'dziennikarsko-pokerowego marzenia', a więc przeprowadzenia wywiadu z Marcelem Luske, najsłynniejszym holenderskim graczem, jednym z najlepszych na świecie, a na pewno - najelegantszym i najbardziej błyskotliwym. Jest z Amsterdamu, może już jutro napiszę do niego maila, oby się zgodził, ale wyznaczył jakąś późniejszą datę. Trochę się boję, że mój niderlandzki na razie jest zbyt kiepski, a nie chciałbym gadać z nim po angielsku - to każdy potrafi!
Ja, uczestnik Mistrzostw Holandii
Wczoraj zapisałem się też na Mistrzostwa Holandii w pokera; to świetna seria turniejów, gra się w knajpach, systemem ligowym, raz w tygodniu przez bodajże 10 tygodni, za darmo, ale też bez nagród pieniężnych; wszystko relacjonuje telewizja, która robi z tego swego rodzaju reality-show; pisałem o tym kiedyś w jednym z moich pierwszych tekstów o pokerze, teraz sam zobaczę to od środka. A przy okazji - świetna okazja, by poznać nowych holenderskich znajomych.
Ja, animator życia pokerowego
Umówiłem się już także z kilkoma studentami zagranicznymi na jakieś towarzyskie gry, a poprzez szefa z portalu pokerowego, dostałem namiary na pewnego Polaka-doktoranta na VU, który też grywa tu z jakimiś innymi Polakami (na zupełnie niziutkie stawki, więc głównie dla zabawy); zastanawiam się także, czy nie zaproponować jakiś regularnych gier w Cafe Uilenstede (można tam wypożyczyć żetony) na naszej grupowej stronie na Facebooku, wtedy zapewne udałoby się zebrać całkiem sporą grupę international students; dziś także zauważyłem, że w kuchni na moim piętrze, ktoś zostawił zestaw żetonów do gry w pokera - a więc i moi sąsiedzi -Holendrzy grają. Nawet jeśli nie będą chcieli, i tak się z nimi zaprzyjaźnię! ;)
Hollands Casino - dzień drugi
Dziś po raz drugi grałem przy moim "limitowym" stoliku, od 20,00 do 22,30, zacząłem z 50 euro, skończyłem z 90 euro; poziom był nieco wyższy niż ostatnio, znów dostałem dwa razy parę asów, ale tym razem na szczęście się obroniły; grałem spokojnie, bardzo tight, ale po dwóch godzinach źle się poczułem (wcześniej byłem na siłowni), więc kiedy przegrałem jedno dosyć duże rozdanie (przed jego rozpoczęsciem miałem 110 euro), odpuściłem sobie i wróciłem, trochę niezadowolony, do domu. Z drugiej strony, gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że 26 sierpnia 2009 roku będę wieczorem wracać z amsterdamskiego kasyna, w którym wygrałem w pokera 40 euro, do swojego akademika w Amstelveen, pomyślałbym, że ma nierówno pod sufitem. Trochę rzeczy się w ciągu ostaniego roku wydarzyło.
Byłoby zabawnie, gdyby moją 'pracą', mającą zapewnić mi przetrwanie na erazmusie, okazała się gra w pokera z owymi indonezjskimi nałagowymi hazardzistami, amerykańskimi pijanymi turystami i młodziutkimi Holendrami. Do tego wciąż daleka droga, ale, jak już wspomniałem, poziom jest tu strasznie niski i głupotą byłoby tego nie wykotrzystać. Choć trzeba być - jestem bądź co bądź dużym chłopcem - ostrożnym i liczyć się z tym, że moje pierwsze wrażenia mogą okazać się mylne. Zobaczymy.
Amste...lveen czyli prawie Amsterdam.
Amste...lveen czyli prawie Amsterdam.
Ta część Amstelveen w której mieszkam składa się z:
- w 95 % z wysokich (jak na holenderskie standardy, czyli, powiedzmy, wyższych niż 6 pięter) budynków mieszkalnych, w której mieszkają studenci i jakieś szemrane typy. Mieszkam w niebieskim Tower, które tym różni się od żółtego i zielonego Tower, że ma niebieskie balkony, a nie żółte czy zielone. Poza tym wszystko takie samo. A więc: głównie Holendrzy, jedynie może co ósmy student to student z zagranicy; cisza, spokój, wspólna kuchnia pełna dziwnych przedmiotów (kiedyś to opiszę, na razie niech pozostanie tajemnicą). Zupełnie inaczej jest w Guesthousie, gdzie mieszkają tylko i wyłącznie zagraniczni studenci, pokoje są duże mniejsze, nie tylko kuchnie, ale i łazienki są wspólne, balkony są ze sobą połączone i ogólnie rzecz biorąc warunki mieszkaniowe są dużo gorsze, natomiast atmosfera - dużo bardziej 'international', czyli, nie owijając w bawełnę, imprezowo-alkoholowo-marihuanowa. Momentami żałuję, że nie mieszkam w guesthousie, ale dobrez wiem, że kiedy zacznie się semestr, o wiele lepszym miejsce do życia (i nauki przede wszystkim) będzie Tower.
- z centrum sportowego VU, które jes tuż obok mojego budynku (wystarczy przejść przez ulicę) i które jest świetnie wyposażone i nowoczesne (wchodzi się na podstawie odcisku palca; nie da się więc wejść na 'karnet' znajomego; chyba, że odrąbie się mu palec, schowa do kieszeni i sprytnie użyje przy wejściu - nie mam zamiaru próbować). Obecnie wszystko tam jest za darmo, ale od przyszłego tygodnia trzeba płacić - planuję kupić roczny bilet na siłownię za 150 euro i chodzić jak najczęściej.
- studenckiego centrum kulturalnego 'Giroffen', o którym na razie niewiele wiem, bo nie było czasu się zainteresować i w którym jest chyba jakieś pseudokino - jeszcze to sprawdzę (to przecież 100 m od mojego budynku)
- siedziby DUWO (to oni wynajmują studentom pokoje), gdzie chodzę średnio raz dziennie, a to się zarejestrować, a to zgłosić, że nie działa tv, a to wyjaśnić nieporozumie dot. opłaty za wrzesień (przez pomyłkę zażądali jej po raz drugi), a to coś tam coś tam. Ale jest miło, Panie, o dziwo, rozmawiają ze mną po niderlandzku i jest darmowa kawa.
- oraz oczywiście CAFE UILENSTEDE - jedynej 'kawiarni-pubu-baru-restauracji-klubu-miejsca spotkań studentów' w okolicy. Z faktu, że Cafe Uilenstede jest jedynym pubem tutaj wynika całkiem pozytywny wniosek: otóż jeśli poczujesz nagle, że chcesz z kimś pogadać/napić się/pointegrować, idziesz po prostu do Cafe Uilenstede i tam od razu znajdujesz kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt twarzy (zależy od pory), które znasz dzięki wcześniejszym imprezom integracyjnym. Cafe Uilenstede ma tutaj kultowy status i jest prawdziwym sercem tego, bądź co bądź, największego skupiska studentów w największym mieście Holandii. Piwo - 1,95 euro, tyle, że jest to "normalne" piwo, co tutaj oznacza nasze małe piwo (o,25l); w przeliczeniu na zł cena straszna, ale w porównaniu z Amsterdamem - tanio.
Ta część Amstelveen w której mieszkam składa się z:
- w 95 % z wysokich (jak na holenderskie standardy, czyli, powiedzmy, wyższych niż 6 pięter) budynków mieszkalnych, w której mieszkają studenci i jakieś szemrane typy. Mieszkam w niebieskim Tower, które tym różni się od żółtego i zielonego Tower, że ma niebieskie balkony, a nie żółte czy zielone. Poza tym wszystko takie samo. A więc: głównie Holendrzy, jedynie może co ósmy student to student z zagranicy; cisza, spokój, wspólna kuchnia pełna dziwnych przedmiotów (kiedyś to opiszę, na razie niech pozostanie tajemnicą). Zupełnie inaczej jest w Guesthousie, gdzie mieszkają tylko i wyłącznie zagraniczni studenci, pokoje są duże mniejsze, nie tylko kuchnie, ale i łazienki są wspólne, balkony są ze sobą połączone i ogólnie rzecz biorąc warunki mieszkaniowe są dużo gorsze, natomiast atmosfera - dużo bardziej 'international', czyli, nie owijając w bawełnę, imprezowo-alkoholowo-marihuanowa. Momentami żałuję, że nie mieszkam w guesthousie, ale dobrez wiem, że kiedy zacznie się semestr, o wiele lepszym miejsce do życia (i nauki przede wszystkim) będzie Tower.
- z centrum sportowego VU, które jes tuż obok mojego budynku (wystarczy przejść przez ulicę) i które jest świetnie wyposażone i nowoczesne (wchodzi się na podstawie odcisku palca; nie da się więc wejść na 'karnet' znajomego; chyba, że odrąbie się mu palec, schowa do kieszeni i sprytnie użyje przy wejściu - nie mam zamiaru próbować). Obecnie wszystko tam jest za darmo, ale od przyszłego tygodnia trzeba płacić - planuję kupić roczny bilet na siłownię za 150 euro i chodzić jak najczęściej.
- studenckiego centrum kulturalnego 'Giroffen', o którym na razie niewiele wiem, bo nie było czasu się zainteresować i w którym jest chyba jakieś pseudokino - jeszcze to sprawdzę (to przecież 100 m od mojego budynku)
- siedziby DUWO (to oni wynajmują studentom pokoje), gdzie chodzę średnio raz dziennie, a to się zarejestrować, a to zgłosić, że nie działa tv, a to wyjaśnić nieporozumie dot. opłaty za wrzesień (przez pomyłkę zażądali jej po raz drugi), a to coś tam coś tam. Ale jest miło, Panie, o dziwo, rozmawiają ze mną po niderlandzku i jest darmowa kawa.
- oraz oczywiście CAFE UILENSTEDE - jedynej 'kawiarni-pubu-baru-restauracji-klubu-miejsca spotkań studentów' w okolicy. Z faktu, że Cafe Uilenstede jest jedynym pubem tutaj wynika całkiem pozytywny wniosek: otóż jeśli poczujesz nagle, że chcesz z kimś pogadać/napić się/pointegrować, idziesz po prostu do Cafe Uilenstede i tam od razu znajdujesz kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt twarzy (zależy od pory), które znasz dzięki wcześniejszym imprezom integracyjnym. Cafe Uilenstede ma tutaj kultowy status i jest prawdziwym sercem tego, bądź co bądź, największego skupiska studentów w największym mieście Holandii. Piwo - 1,95 euro, tyle, że jest to "normalne" piwo, co tutaj oznacza nasze małe piwo (o,25l); w przeliczeniu na zł cena straszna, ale w porównaniu z Amsterdamem - tanio.
Tower
Pokój
Mieszkam na 9. piętrze, pokój w rzeczywistości jest większy niż wynikało to ze zdjęć; urządzony po spartańsku (łóżko, jeden stolik z telewizorem i lampką, lodówka, szafka na książki, krzesło, fotel, to wszystko). Telewizor nie działał, ale dziś go naprawili. Lubię swój pokój.
Łazienka
Łazienki nie lubię. Jest stara, brzydsza nawet niż łazienka w akademiku we Wrocławiu; kibel jest zaraz obok prysznicem. Proszę, proszę, czyżby to jakiś stary holenderski zwyczaj, o którym dotąd nie wiedziałem: wypróżniać się i brać prysznic jednocześnie? W tej łazience to jak najbardziej możliwe. Ale nie zmienia to jednego: lepsza brzydka łazienka, ale własna, niż piękna i nowoczesna, ale wspólna.
Sąsiedzi
W moim "korytarzu" znajduje się 14 jednoosobowych pokojów . We wszystkich - poza moim - mieszkają lub będą mieszkać Holendrzy. Na razie zjechało się może z 5 osób; z każdą choć przez chwilę już rozmawiałem; są mili, ale zdystansowani. Jedynie z moim sąsiadem (pierwszy rok doktoratu z matematyki, bardzo sympatyczny, można by nawet powiedzieć: grzeczny; często czyta książkę siedząc na balkonie, bez koszuli, w dodatku pięknie opalony i umięśniony; niestety, ma dziewczynę), a więc z moim sąsiadem rozmawiam częściej niż z innymi i to po niderlandzku - a trzeba wiedzieć, że Holendrzy rzadko używają niderlandzkiego! (o czym jeszcze będzie mowa).
Mieszkam na 9. piętrze, pokój w rzeczywistości jest większy niż wynikało to ze zdjęć; urządzony po spartańsku (łóżko, jeden stolik z telewizorem i lampką, lodówka, szafka na książki, krzesło, fotel, to wszystko). Telewizor nie działał, ale dziś go naprawili. Lubię swój pokój.
Łazienka
Łazienki nie lubię. Jest stara, brzydsza nawet niż łazienka w akademiku we Wrocławiu; kibel jest zaraz obok prysznicem. Proszę, proszę, czyżby to jakiś stary holenderski zwyczaj, o którym dotąd nie wiedziałem: wypróżniać się i brać prysznic jednocześnie? W tej łazience to jak najbardziej możliwe. Ale nie zmienia to jednego: lepsza brzydka łazienka, ale własna, niż piękna i nowoczesna, ale wspólna.
Sąsiedzi
W moim "korytarzu" znajduje się 14 jednoosobowych pokojów . We wszystkich - poza moim - mieszkają lub będą mieszkać Holendrzy. Na razie zjechało się może z 5 osób; z każdą choć przez chwilę już rozmawiałem; są mili, ale zdystansowani. Jedynie z moim sąsiadem (pierwszy rok doktoratu z matematyki, bardzo sympatyczny, można by nawet powiedzieć: grzeczny; często czyta książkę siedząc na balkonie, bez koszuli, w dodatku pięknie opalony i umięśniony; niestety, ma dziewczynę), a więc z moim sąsiadem rozmawiam częściej niż z innymi i to po niderlandzku - a trzeba wiedzieć, że Holendrzy rzadko używają niderlandzkiego! (o czym jeszcze będzie mowa).
niedziela, 16 sierpnia 2009
Reisefieber
Trzy lata temu pojawił się mglisty pomysł, konkretne kształty przybrał dwa lata temu, rok temu zapadła decyzja (moja), by wcielić plan w życie, pół roku temu zapadła decyzja (ich), by we wcielaniu w życie pomysłu mi nie przeszkadzać, ostatnich parę miesięcy to szlifowanie szczegółów, ostatnich parę godzin - pakowanie walizek, najbliższe dwa dni - skończenie pakowania i podróż, a pojutrze wieczorem - pojutrze wieczorem chłopak z O. otworzy drzwi swojego pokoju w Amsterdamie i powie: o kurwa, udało się.
Tak wygląda wersja optymistyczna.
W wersji pesymistycznej chłopak z O. spóźnia się na autobus i zostaje w Polsce, a jeśli nie spóźnia się na autobus, to autobus psuje się w drodze z, powiedzmy, Opola do Wrocławia i chłopak z O zostaje w Polsce, a jeśli autobus się nie psuje, to w połowie drogi przez Niemcy chłopak z O. przypomina sobie, że nie zabrał tego Najważniejszego Dokumentu Bez Którego Nie Ma Możliwości By Żyć i Studiować w Amsterdamie (sam nie wiem, co mogłoby być takim dokumentem, ale w trakcie pakowania się bez przerwy dręczyła mnie myśl, że dokument taki istnieje, leży w którejś z szuflad, a ja go wciąż mijam, co doprowadza ten dokument do wybuchów spazmatycznego śmiechu - już wiem, co będzie mi się dzisiaj śnić), więc każe zatrzymać autobus, wysiada na stacji benzynowej pod Karlsruhe czy innym Wuppertalem i wraca do domu i chłopak z O. zostaje - jakżeby inaczej - w Polsce, w Polsce, w Polsce...
W najbardziej optymistycznej z pesymistycznych wersji docieram jednak do Amsterdamu, ale jestem przy Uilenstede 45 dopiero o 18,07, co oznacza, że studentka-wolontariuszka Myrtha Bloek-Cośtam już sobie poszła, bo napisałem jej, że będę przy Uilenstede 45 o 18.00, a Myrtha jest przecież Holenderką, więc na 18,10 ma już zaplanowane w swojej agendzie inne spotkanie, więc nie może czekać. I tym sposobem nie tylko tracę okazję poznania Myrthy Bloek-Cośtam, nie tylko przechodzi mi koło nosa możliwość uczestniczenia w tradycyjnym, gorącym holenderskim powitaniu, jakim niewątpliwie holenderscy wolontariusze obdarzają zagranicznych studentów-erasmusowów, ale - i to mnie przeraża najbardziej - nie dostaję klucza do pokoju. Bo klucz ma przynieść Myrtha. A Myrthy nie będzie. I wtedy co prawda nie zostaję w Polsce, jestem w Amsterdamie, ale jako bezdomny, kloszard, włóczęga - a zbliża się noc. Wizja ta na pierwszy rzut oka wydaje się atrakcyjna - Amsterdam, noc, kluby, puby, coffieshopy, pierwszy dzień Nowego Życia, słowem, wielka szalona przygoda na dobry początek - gdbyby nie to, że 1) będę miał ze sobą dwie olbrzymie torby pełne Cennych Dokumentów, trzech czwarych mojego dobytku i innych Ważnych Rzeczy Których Należy Pilnować Jak Oka w Głowie (i które w dodatku są cholernie ciężkie) 2) właściwie to wcale nie będę w Amsterdamie, ale w Amstelveen; Amstelveen należy co prawda do aglomeracji amsterdamskiej, ale jest osobną jednostką administracyjną, a z mojego Tower (nazwa mojego akademika, dosyć podejrzana...) do centrum jest jakieś pięć, siedem kilometrów - już widzę jak ciągnę dwa wielgachne toboły przez mroczny park, by po czterech godzinach morderczej wędrówki, spocony i wykończony, dotrzeć na dworzec centralny, gdzie około pierwszej w nocy zasypiam, po to tylko, by za dwie ogodziny obudzić się i stwierdzić, że wszystko mi ukradli.
Oczywiście przesadzam, dobrze wiem, że nie spóźnię się na autobus, dojadę szczęśliwie, Myrtha poczęstuje mnie krakersem, da klucze do mieszkania i o północy zasnę w swym amsterdamskim pokoju. Słowem, że wszystko będzie dobrze. Bo jeśli nie teraz, to niby kiedy? He?*
-----------------
*He - niderlandzkie słowo umieszczane po pytaniu w celu uzyskania potwierdzenia odbiorcy, jego przytaknięcia, przyklaśnięcia, zgody, zresztą, mniejsza z tym, najważniejsze, że, do diabła, musi mi się udać, no nie!? HE???
Tak wygląda wersja optymistyczna.
W wersji pesymistycznej chłopak z O. spóźnia się na autobus i zostaje w Polsce, a jeśli nie spóźnia się na autobus, to autobus psuje się w drodze z, powiedzmy, Opola do Wrocławia i chłopak z O zostaje w Polsce, a jeśli autobus się nie psuje, to w połowie drogi przez Niemcy chłopak z O. przypomina sobie, że nie zabrał tego Najważniejszego Dokumentu Bez Którego Nie Ma Możliwości By Żyć i Studiować w Amsterdamie (sam nie wiem, co mogłoby być takim dokumentem, ale w trakcie pakowania się bez przerwy dręczyła mnie myśl, że dokument taki istnieje, leży w którejś z szuflad, a ja go wciąż mijam, co doprowadza ten dokument do wybuchów spazmatycznego śmiechu - już wiem, co będzie mi się dzisiaj śnić), więc każe zatrzymać autobus, wysiada na stacji benzynowej pod Karlsruhe czy innym Wuppertalem i wraca do domu i chłopak z O. zostaje - jakżeby inaczej - w Polsce, w Polsce, w Polsce...
W najbardziej optymistycznej z pesymistycznych wersji docieram jednak do Amsterdamu, ale jestem przy Uilenstede 45 dopiero o 18,07, co oznacza, że studentka-wolontariuszka Myrtha Bloek-Cośtam już sobie poszła, bo napisałem jej, że będę przy Uilenstede 45 o 18.00, a Myrtha jest przecież Holenderką, więc na 18,10 ma już zaplanowane w swojej agendzie inne spotkanie, więc nie może czekać. I tym sposobem nie tylko tracę okazję poznania Myrthy Bloek-Cośtam, nie tylko przechodzi mi koło nosa możliwość uczestniczenia w tradycyjnym, gorącym holenderskim powitaniu, jakim niewątpliwie holenderscy wolontariusze obdarzają zagranicznych studentów-erasmusowów, ale - i to mnie przeraża najbardziej - nie dostaję klucza do pokoju. Bo klucz ma przynieść Myrtha. A Myrthy nie będzie. I wtedy co prawda nie zostaję w Polsce, jestem w Amsterdamie, ale jako bezdomny, kloszard, włóczęga - a zbliża się noc. Wizja ta na pierwszy rzut oka wydaje się atrakcyjna - Amsterdam, noc, kluby, puby, coffieshopy, pierwszy dzień Nowego Życia, słowem, wielka szalona przygoda na dobry początek - gdbyby nie to, że 1) będę miał ze sobą dwie olbrzymie torby pełne Cennych Dokumentów, trzech czwarych mojego dobytku i innych Ważnych Rzeczy Których Należy Pilnować Jak Oka w Głowie (i które w dodatku są cholernie ciężkie) 2) właściwie to wcale nie będę w Amsterdamie, ale w Amstelveen; Amstelveen należy co prawda do aglomeracji amsterdamskiej, ale jest osobną jednostką administracyjną, a z mojego Tower (nazwa mojego akademika, dosyć podejrzana...) do centrum jest jakieś pięć, siedem kilometrów - już widzę jak ciągnę dwa wielgachne toboły przez mroczny park, by po czterech godzinach morderczej wędrówki, spocony i wykończony, dotrzeć na dworzec centralny, gdzie około pierwszej w nocy zasypiam, po to tylko, by za dwie ogodziny obudzić się i stwierdzić, że wszystko mi ukradli.
Oczywiście przesadzam, dobrze wiem, że nie spóźnię się na autobus, dojadę szczęśliwie, Myrtha poczęstuje mnie krakersem, da klucze do mieszkania i o północy zasnę w swym amsterdamskim pokoju. Słowem, że wszystko będzie dobrze. Bo jeśli nie teraz, to niby kiedy? He?*
-----------------
*He - niderlandzkie słowo umieszczane po pytaniu w celu uzyskania potwierdzenia odbiorcy, jego przytaknięcia, przyklaśnięcia, zgody, zresztą, mniejsza z tym, najważniejsze, że, do diabła, musi mi się udać, no nie!? HE???
Subskrybuj:
Posty (Atom)