Jestem już prawie dwa tygodnie w Amsterdamie (ok, w Amstelveen) i nie przypominam sobie, bym któregoś dnia nie był na jakiejś imprezie, nie poznał co najmniej dziesięciu nowych osób, nie wypił co najmniej jednego piwa (drinka/kieliszka wina) i - mówiąc najprościej - dobrze się bawił. W gruncie rzeczy to bardzo banalne i mało oryginalne: wszyscy studenci, a już najbardziej 'international students', a jeszcze bardziej 'erazmusowcy', tym właśnie zapełniają ostatnie dni przed rozpoczęciem semestru. Więc też je tym zapełniam i czuję się z tym świetnie. W chwilach, w których udaje mi się wznieść na dotąd typowy dla mnie wysoki poziom zadumy, refleksji i pesymizmu, dochodzę oczywiście do wniosku, że taki tryb życia jest zupełnie pospolity, mało oryginalny i jeszcze mniej produktywny. Ale, na szczęście, odkąd jestem tutaj mój poziom zadumy, refleksji i pesymizmu jest bardzo niski, wobec czego zamiast kontemplować życia, po prostu żyję, zamiast myśleć działam, a zamiast użalać się nad sobą, po prostu próbuję się dobrze bawić.
Spójrzmy chociaż na dzisiejszy dzień. Wróciłem do mieszkania około czwartej nocy (po imprezie w centrum, w Melkweg i Sugar Factory przy Leidsplein), po czym wstałem około 10,00, żeby zdążyć na pewne 'biznesowe spotkanie' (opiszę to wkrótce) z pewnym Holendrem; koło południa byłem w centrum, gdzie zrobiłem zakupy (kupiłem sobie wreszcie czajnik i żelazko), wróciłem do domu, zrobiłem obiad, pokoresponodwałem mailowo z moją uczelnią, zdrzemnąłem się chwilkę i poszedłem sotkać się ze znajomym Węgrem, Francuzem, Francuzką, Szwedem, Kanadyjczykiem i kimś tam jeszcze w pobliskim akademiku, skąd po wypiciu wina poszliśmy do innego akademika do pokoju Francuzki, gdzie zaczęła się międzynarodowa impreza, która szybko połączyła się z odbywającą się pokój obok imprezą urodzinową jakiegoś Holendra, w efekcie czego powstało całkiem fajne (moja polszczyzna sięga dna...) towarzystwo. Byłem tam od około 20,00 do 2,00, a kiedy wróciłem do swojego akademika natrafiłem na kolejną imprezę (całkowicie holenderską) na moim piętrze, gdzie z kolei znów zostałem na kolejną godzinę (mimo kompletnego wyczerpania). Ci, którzy twierdzą, że Holendrzy nie potrafią bawić się (czy też pić) powinni odwiedzić akademiki przy Uilenstede - ok, jest prawie 4 w nocy, kończę, jutro więcej (ciekawe czy wstanę na 10,00 na naszą rowerową wycieczkę nad morze...).
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz