Hollands Casino - dzień pierwszy
Po raz pierwszy w największym kasynie Holandii byłem dwa dni temu; wszedłem o 19,30, wyszedłem o 2,00 - ale po kolei. Zacznijmy od tego, że kasyno położone jest w świetnym miejscu: tuż przy Leidsplein (głównym centrum rozrywkowym Amsterdamu), blisko Museumplein, i jakieś 25 minut rowerem (czy też tramwajem, na to samo wychodzi) od mojego mieszkania. Ponieważ pogoda jest jak na razie właściwie bez przerwy świetna (słońce, ciepło, lekki wiatr i - szok, szok, szok! - prawie żadnego deszczu!), staram się jeździć częściej rowerem niż tramwajem (przy okazji taniej i zdrowiej). Gry cash w No limit Hold'em są tu z dosyć wysokimi, jak na mnie, blindami i zaporowym progiem wkupienia się za co najmniej 200 euro; turnieje rozgrywane trzy razy w tygodniu są już od 50 euro, ale gra w turniejach ma sens tylko wtedy, gdy wiemy, że zagramy w conajmniej 10-20, a zatem należałoby zarezerowować jakieś 500-1000 euro - stanowczo za dużo dla mnie. Został więc dla mnie jeydnie stolik w Limi Hold'em: blindy 1-2 euro, stawki 2-4 euro ( czyli po flopie możliwe podbicie o 2, a po turnie i riverze 4 euro); minimalne wpisowe 40 euro. Z drżącymi dłońmi i z przekonaniem, że wyrzucam pieniędze w błoto (dotąd grałem przecież online na stawkach góra 0,05-0,1 dolara!) zasiadłem do gry, po czym w ciągu pierwszych kilkunastu rozdań dostałem jako startowe karty pary: damy, króle, asy i walety! Co za szczęście! Tak, szczęście - ale nie wtedy, kiedy za każdym razem się je przegra z "geniuszami" nie pasującymi od razu 23 i trafiającymi jakimś cudem 2 na turnie i 3 na riverze. Przegrałem wszystkie te pary i zostałem z niczym. Z przekonaniem, że jestem złym człowiekiem, hazardzistą, trwonię jak idiota nie moje pieniądze i ogólnie z dużym niesmakiem, dokonałem kolejnego buy-inu i po otrzymaniu kolejnej pary asów, znów je przegrałem co kosztowało mnie kolejnych 20 euro. W pewnym momencie mój stan wyglądał tak: wpłaciłem w sumie 100 euro, miałem 20, a zatem - 80 na minusie. Ale mimo całego tego pecha, wcale nie czułem się specjalnie przygnębionym; wręcz przeciwnie, pewna rzecz bardzo mnie cieszyła. Otóż cieszył mnie poziom tej gry. Nie jestem zbyt dobry w Limit Hold'em, ale to co wyrabiali niektórzy przy tym stoliku (jakieś 50-60 proc graczy) było totalną amatorką niespoykaną w grach w siecinawet na poziomie 0,05-0,1 dolara. A zatem zacisnąłem zęby, grałem dalej swoją grę, i po kolejnej godzinie odbroiłem 20 dlarów, po kolejnej - znów 20, po następnej - 30, aż w końcu spojrzałem na zegarek (była 2 w nocy), spojrzałem na swoje żetony - o dziwo byłem 10 euro na plusie i mimo, że wiedziałem, że gdybym został jeszcze kolejną godzinę i grałbym swoje, ugrałbym pewnie kolejnych 20 euro itp, to byłem na tyle wyczerpany, że sobie odpuściłem i zadowolony wróciłem do domu. Oczywiście z planem, że nieco się podszkolę w Limicie, poczytam, pogram w necie i wkrótce tu wrócę. To może być dobre źródło dodatkowych dochodów.
Ja, dziennikarz pokerowy
Jeśli wszystko pójdzie dobrze wkrótce w Caino Hollands zawitam i w innym charakterze. W październiku odbywa się tu największy turniej pokerowy w Holandii, będzie trochę gwiazd i nawet kilku graczy z Polski. Rozmawiałem z szefem mojego pokerowego portalu (co ciekawe, jego dziewczyna też studiuje na UV, a mu zdarzało się sypiać w Guesthousie i ogólnie świetnie zna Amstelveen - ale ten świat, przepraszam, Holandia jest mała!) i postarają się załatwić mi akredytację i będę robić relację na żywo. Świetna sprawa.
Jednocześnie już wrótce muszę zabrać się za zrealizowanie mojego 'dziennikarsko-pokerowego marzenia', a więc przeprowadzenia wywiadu z Marcelem Luske, najsłynniejszym holenderskim graczem, jednym z najlepszych na świecie, a na pewno - najelegantszym i najbardziej błyskotliwym. Jest z Amsterdamu, może już jutro napiszę do niego maila, oby się zgodził, ale wyznaczył jakąś późniejszą datę. Trochę się boję, że mój niderlandzki na razie jest zbyt kiepski, a nie chciałbym gadać z nim po angielsku - to każdy potrafi!
Ja, uczestnik Mistrzostw Holandii
Wczoraj zapisałem się też na Mistrzostwa Holandii w pokera; to świetna seria turniejów, gra się w knajpach, systemem ligowym, raz w tygodniu przez bodajże 10 tygodni, za darmo, ale też bez nagród pieniężnych; wszystko relacjonuje telewizja, która robi z tego swego rodzaju reality-show; pisałem o tym kiedyś w jednym z moich pierwszych tekstów o pokerze, teraz sam zobaczę to od środka. A przy okazji - świetna okazja, by poznać nowych holenderskich znajomych.
Ja, animator życia pokerowego
Umówiłem się już także z kilkoma studentami zagranicznymi na jakieś towarzyskie gry, a poprzez szefa z portalu pokerowego, dostałem namiary na pewnego Polaka-doktoranta na VU, który też grywa tu z jakimiś innymi Polakami (na zupełnie niziutkie stawki, więc głównie dla zabawy); zastanawiam się także, czy nie zaproponować jakiś regularnych gier w Cafe Uilenstede (można tam wypożyczyć żetony) na naszej grupowej stronie na Facebooku, wtedy zapewne udałoby się zebrać całkiem sporą grupę international students; dziś także zauważyłem, że w kuchni na moim piętrze, ktoś zostawił zestaw żetonów do gry w pokera - a więc i moi sąsiedzi -Holendrzy grają. Nawet jeśli nie będą chcieli, i tak się z nimi zaprzyjaźnię! ;)
Hollands Casino - dzień drugi
Dziś po raz drugi grałem przy moim "limitowym" stoliku, od 20,00 do 22,30, zacząłem z 50 euro, skończyłem z 90 euro; poziom był nieco wyższy niż ostatnio, znów dostałem dwa razy parę asów, ale tym razem na szczęście się obroniły; grałem spokojnie, bardzo tight, ale po dwóch godzinach źle się poczułem (wcześniej byłem na siłowni), więc kiedy przegrałem jedno dosyć duże rozdanie (przed jego rozpoczęsciem miałem 110 euro), odpuściłem sobie i wróciłem, trochę niezadowolony, do domu. Z drugiej strony, gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że 26 sierpnia 2009 roku będę wieczorem wracać z amsterdamskiego kasyna, w którym wygrałem w pokera 40 euro, do swojego akademika w Amstelveen, pomyślałbym, że ma nierówno pod sufitem. Trochę rzeczy się w ciągu ostaniego roku wydarzyło.
Byłoby zabawnie, gdyby moją 'pracą', mającą zapewnić mi przetrwanie na erazmusie, okazała się gra w pokera z owymi indonezjskimi nałagowymi hazardzistami, amerykańskimi pijanymi turystami i młodziutkimi Holendrami. Do tego wciąż daleka droga, ale, jak już wspomniałem, poziom jest tu strasznie niski i głupotą byłoby tego nie wykotrzystać. Choć trzeba być - jestem bądź co bądź dużym chłopcem - ostrożnym i liczyć się z tym, że moje pierwsze wrażenia mogą okazać się mylne. Zobaczymy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Może tym razem się uda? Swoją drogą nie rozumiem zupełnie, jak to jest, że piszesz na blogspocie podobnie jak ja, a nie mam możliwości dodania komentarza, może z tym nazwa/adres to wyjdzie.
OdpowiedzUsuńŚwietne podtytuły:P
Udało się! Działają komentarze!
OdpowiedzUsuń