niedziela, 16 sierpnia 2009

Reisefieber

Trzy lata temu pojawił się mglisty pomysł, konkretne kształty przybrał dwa lata temu, rok temu zapadła decyzja (moja), by wcielić plan w życie, pół roku temu zapadła decyzja (ich), by we wcielaniu w życie pomysłu mi nie przeszkadzać, ostatnich parę miesięcy to szlifowanie szczegółów, ostatnich parę godzin - pakowanie walizek, najbliższe dwa dni - skończenie pakowania i podróż, a pojutrze wieczorem - pojutrze wieczorem chłopak z O. otworzy drzwi swojego pokoju w Amsterdamie i powie: o kurwa, udało się.
Tak wygląda wersja optymistyczna.
W wersji pesymistycznej chłopak z O. spóźnia się na autobus i zostaje w Polsce, a jeśli nie spóźnia się na autobus, to autobus psuje się w drodze z, powiedzmy, Opola do Wrocławia i chłopak z O zostaje w Polsce, a jeśli autobus się nie psuje, to w połowie drogi przez Niemcy chłopak z O. przypomina sobie, że nie zabrał tego Najważniejszego Dokumentu Bez Którego Nie Ma Możliwości By Żyć i Studiować w Amsterdamie (sam nie wiem, co mogłoby być takim dokumentem, ale w trakcie pakowania się bez przerwy dręczyła mnie myśl, że dokument taki istnieje, leży w którejś z szuflad, a ja go wciąż mijam, co doprowadza ten dokument do wybuchów spazmatycznego śmiechu - już wiem, co będzie mi się dzisiaj śnić), więc każe zatrzymać autobus, wysiada na stacji benzynowej pod Karlsruhe czy innym Wuppertalem i wraca do domu i chłopak z O. zostaje - jakżeby inaczej - w Polsce, w Polsce, w Polsce...
W najbardziej optymistycznej z pesymistycznych wersji docieram jednak do Amsterdamu, ale jestem przy Uilenstede 45 dopiero o 18,07, co oznacza, że studentka-wolontariuszka Myrtha Bloek-Cośtam już sobie poszła, bo napisałem jej, że będę przy Uilenstede 45 o 18.00, a Myrtha jest przecież Holenderką, więc na 18,10 ma już zaplanowane w swojej agendzie inne spotkanie, więc nie może czekać. I tym sposobem nie tylko tracę okazję poznania Myrthy Bloek-Cośtam, nie tylko przechodzi mi koło nosa możliwość uczestniczenia w tradycyjnym, gorącym holenderskim powitaniu, jakim niewątpliwie holenderscy wolontariusze obdarzają zagranicznych studentów-erasmusowów, ale - i to mnie przeraża najbardziej - nie dostaję klucza do pokoju. Bo klucz ma przynieść Myrtha. A Myrthy nie będzie. I wtedy co prawda nie zostaję w Polsce, jestem w Amsterdamie, ale jako bezdomny, kloszard, włóczęga - a zbliża się noc. Wizja ta na pierwszy rzut oka wydaje się atrakcyjna - Amsterdam, noc, kluby, puby, coffieshopy, pierwszy dzień Nowego Życia, słowem, wielka szalona przygoda na dobry początek - gdbyby nie to, że 1) będę miał ze sobą dwie olbrzymie torby pełne Cennych Dokumentów, trzech czwarych mojego dobytku i innych Ważnych Rzeczy Których Należy Pilnować Jak Oka w Głowie (i które w dodatku są cholernie ciężkie) 2) właściwie to wcale nie będę w Amsterdamie, ale w Amstelveen; Amstelveen należy co prawda do aglomeracji amsterdamskiej, ale jest osobną jednostką administracyjną, a z mojego Tower (nazwa mojego akademika, dosyć podejrzana...) do centrum jest jakieś pięć, siedem kilometrów - już widzę jak ciągnę dwa wielgachne toboły przez mroczny park, by po czterech godzinach morderczej wędrówki, spocony i wykończony, dotrzeć na dworzec centralny, gdzie około pierwszej w nocy zasypiam, po to tylko, by za dwie ogodziny obudzić się i stwierdzić, że wszystko mi ukradli.
Oczywiście przesadzam, dobrze wiem, że nie spóźnię się na autobus, dojadę szczęśliwie, Myrtha poczęstuje mnie krakersem, da klucze do mieszkania i o północy zasnę w swym amsterdamskim pokoju. Słowem, że wszystko będzie dobrze. Bo jeśli nie teraz, to niby kiedy? He?*

-----------------
*He - niderlandzkie słowo umieszczane po pytaniu w celu uzyskania potwierdzenia odbiorcy, jego przytaknięcia, przyklaśnięcia, zgody, zresztą, mniejsza z tym, najważniejsze, że, do diabła, musi mi się udać, no nie!? HE???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz